Podróż sentymentalna czyli początki mody na e-palenie w Polsce cz. 1 – elektroniczne papierosy

Wystarczy zajrzeć do Wikipedii, żeby poczytać o e-papierosach. Kto i po co i jak dawno temu je wymyślił, komu i czemu służą, z czego się składają. Ale czy ktoś pamięta skąd w naszym pięknym kraju wzięła się moda na to całe e-palenie?
W 2008 roku zabawę w sprowadzanie z Chin e-papierosów rozpoczęły niezależnie od siebie 2 firmy, jedna w Warszawy, druga z Wielkopolski, handel kwitł przede wszystkim w Internecie. Temat szybko podłapały media i zaczęły informować od długopisie, za pomocą którego można wapować nikotynę.

Jeden z takich artykułów przeczytał mój znajomy. Człowiek, przez którego głowę w przeciągu godziny przewija się ze dwadzieścia pomysłów na biznes. Jedne gorsze, drugie całkiem dobre.
Był grudzień 2008 r, kiedy zadzwonił do mnie i kazał natychmiast do siebie przyjechać. Czułem, że szykuje się kolejny złoty interes. Dwa wcześniejsze położyliśmy w ubiegłym roku 🙂 Uzbrojony w asertywność pojechałem do jego firmy. Dostałem dobrą kawę, zapaliłem papierosa i spokojnie czekałem na audiencję. Miał ważnych gości. Kiedy goście już sobie poszli, podszedł do mnie i powiedział.

-To jest ostatnia fajka w Twoim życiu.

Rozbawił mnie jak zwykle. Zaprosił mnie do gabinetu, wyciągnął z szuflady jakieś niewielkie pudełko, którym rzucił w moim kierunku, a sam podniósł ze swojego biurka eleganckie pióro, które włożył do ust i zaciągnął się mocno dymem z tego pióra.

– Jesteś pojebany!!! – Powiedziałem.

– Nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego, co to w ogóle jest?
W odpowiedzi wysłuchałem trzyminutowego wykładu na temat tego cuda, zakończonego wyraźnym

– TO SIĘ MUSI UDAĆ DEBILU, NAWET TY TEGO NIE SPIEPRZYSZ!!!

Po czym kazał się wynosić, razem z pudełkiem, spróbować w domu, poczytać o e-paleniu i po weekendzie wrócić gotowy do pracy.
Uruchomiłem, zaciągnąłem się raz, drugi, kolejny… Fajne, przyjemne, nie śmierdzi, a daje kopa jak normalna fajka. Tylko na języku jakiś posmak zostawia. Po kilku razach ogarnąłem temat zaciągania bez jednoczesnego picia płynu, o którym przecież nic nie wiedziałem. Odpaliłem kompa, zacząłem szukać i czytać. Po 15 minutach byłem przekonany, że sceptyczne polskie społeczeństwo tego nie kupi, sprzedaż ograniczy się do wysyłania 50 szt. miesięcznie, więc nie ma sensu w to wchodzić.
Tak też powiedziałem swojemu koledze w poniedziałek. On oczywiście potraktował mnie wiązką epitetów na temat mojej wątpliwej inteligencji, łysiny, kiepskiego wyglądu i innych i kazał spadać.

– Ale fanta zostawiam – rzuciłem na odchodne.

Powapowałem jeszcze kilkakrotnie, ale zauważyłem, że po dłuższym używaniu drapie mnie w gardle i dostaję kaszlu. Upewniło mnie to, że mam do czynienia z jakimś dziadostwem.

Minął miesiąc, kiedy mój kolega, znowu do mnie zadzwonił.

– Stary wpadaj do mnie tylko szybko!

Ok. pojechałem jeszcze tego samego dnia. Korytarz jego firmy cały był zastawiony paczkami, było ich mnóstwo.

– Co to?
– Te 50 e-papierosów miesięcznie trochę mi się pomnożyło DEBILU!
– Do ilu, do 200?
– Nie do 50, ale dziennie, nie wyrabiamy, jak zaraz nie wymyślimy innego sposobu dystrybucji, to nie wytrzymam tempa, poza tym potrzebuje ludzi, którzy to jakoś ogarną.

Nie byłbym sobą, gdybym nie pomarudził, ale się zgodziłem. Jeszcze tego samego dnia już w trójkę, z naszym innym znajomym siedzieliśmy nad strategią dla nowego biznesu. Ja miałem się zająć sprzedażą i marketingiem.
Jako, że cenię sobie kotnakt z ludźmi zaproponowałem, że fajną formą uzyskania informacji o produkcie będzie pokazanie go na targach. Przeszukaliśmy kalendaria największych imprez targowych w Polsce i wybór pad na Targi Zdrowia i Rehabilitacji w Kielcach. Miały odbyć się za ponad miesiąc. Pomysł szalony, e-papieros w towarzystwie foteli masujących, łóżek rehabilitacyjnych, Ośrodków Zdrowia, a przede wszystkim w bezpośrednim sąsiedztwie Poradni Walki z Nałogiem Nikotynowym 🙂
Szybko zorganizowaliśmy pomysł na brand, wizerunek produktu i wszystkie inne potrzebne z marketingowego punktu widzenia tematy. Nasza kolorystyka była czarno-płomienna. Idealna jak na taką imprezę. Świetnie kontrastowała z medyczną bielą, błękitem i zielenią.

Efekt imprezy. Chrypa i częściowa utrata głosu, powrót z targów z pustymi kartonami po e-papierosach i kasetką pełną gotówki – nie zabraliśmy terminalu, więc panie i panowie doktorzy jeździli do miasta do bankomatu, żeby nam zapłacić za swoje nowe cuda. Na stoisku cały czas było pełno ludzi, przez trzy dni imprezy sprzedaliśmy wszystko, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze jest to, że ci ludzie uwierzyli w ten produkt i jego zalety, chcieli propagować go wśród swoich pacjentów na oddziałach chorób wewnętrznych, naczyniowych, kardiologicznych, a nawet pulmonologicznych. Dziękowali nam za pobyt na targach i gratulowali rewolucyjnego pomysłu. Trzy dni zdzierania gardła na rozmowach z nimi wszystkimi okazało się bezcenne.

Wtedy w Kielcach nastąpiło nowe otwarcie dla e-papierosa, dla firmy i dla mnie osobiście. Ale o efektach następnym razem.