Z pamiętnika czterdziestolatki – Dzień 2

Dzisiaj od rana pogoda barowa. To doskonały dzień, na spędzanie go w łóżku. Niestety nie każdy ma taki komfort. Gnam więc standardowo do pracy. W pracy jak zwykle młyn, jednak do mojego planu „zmian” dorzucam punkt- zmniejszyć rozmiar garderoby. Czyli wprowadzić znacznie ograniczenie w jedzeniu. To niejako łączy się bezpośrednio ze zmianą nawyków żywieniowych, więc dam radę.  Na początek trzeba ponoć się oczyścić. Przerzuciłam kilkanaście stron internetowych w poszukiwaniu najlepszego sposobu dla mnie i zdecydowałam się na dwie drogi. Tydzień moczonej pszenicy na zmianę z kapuścianką. Zdobycie pszenicy okazała się znacznie trudniejsze niż myślałam. Ale udało się. Jakoś nie bardzo wyobrażam sobie funkcjonowanie na ziarnie, ale jestem dobrej myśli- dam radę. Do tego nieszczęsna zupa kapuściana. Z racji, iż można jej za jednym razem ugotować więcej, kupiłam składniki na zwiększoną porcję.

Gotowałam tą zupę ponad dwie godziny. Kuchnia wyglądała jak po wybuchu.  Zupa jest, ale nie ma smaku. Moja wiara w sukces upada. Mimo to zjadłam jej pokaźną porcję, ale już po niespełna godzinie byłam głodna. Postanowiłam zabijać głód papierosami. Dzięki temu do wieczora jakoś dałam radę, ale papierosy się skończyły. Cholera w 4 godziny wypaliłam prawie paczkę. Trudno- zakładam kurtkę przeciwdeszczową, bo cały czas pada i gnam po fajki. To nienormalne, bo jestem sama na opustoszałych ulicach. Mimo to zaliczam nocny sklep spożywczy. Mam już papierosy, ale na okropnego głoda kupuję jeszcze paczkę kabanosów. To w końcu dietetyczna kiełbasa.  Od razu w sklepie otwieram paczkę i gdy wchodzę do domu spożywam ostatnią sztukę. Tak, dla pewności, że nie zaburzyłam swoich dietetycznych postanowień sprawdzam jej skład i ilość kalorii.

To nie był najlepszy pomysł, bo 100 gram tłuszczu i innych chemikaliów ma prawie 600 kcal. To więcej niż cały garnek mojej kapuścianki. Dziś już nie mam siły na nic. Przed snem wypalam jeszcze kilka fajek. Tym razem nie z głodu, bo żołądek póki co trawi kabanosy. Papierosy są tym razem lekarstwem na moją bezsilność i strach przed tym czy oby dam temu wszystkiemu radę. Powinnam jeszcze przed snem spróbować mojej moczonej pszenicy, ale jej mało apetyczny wygląd skłania mnie do zakończenia tego koszmarnego dnia. Liczę jednak na to, że kolejne przyniosą poprawę, a przede wszystkim dadzą mi więcej wiary w planowany przeze mnie sukces.